Zawsze coś się dzieje w jakimś celu.

Doradca Personalny Maj 19, 2018 Brak komentarzy

Zawsze coś się dzieje w jakimś celu.

Zawsze coś się dzieje w jakimś celu. Choćby najgorsze chwile nie są wieczne. Historia z przekazem.  Są sytuacje w życiu,które wydają się beznadziejne.To są momenty,gdy nadzieja umiera. Ale z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. Trzeba się tylko rozejrzeć. I uwierzyć, że zza chmur wyjdzie słońce.

Poznałam go w pracy. Ja sprzedawałam prasę, on był klientem pobliskiego sklepu monopolowego. Dlaczego zwróciłam na niego uwagę? Zawsze zwracałam uwagę na facetów w potrzebie. Taki charakter.

dobrze nam się rozmawiało, przebywało razem. Gdy go potrzebowałam zjawiał się prawie natychmiast. Spędzaliśmy ze sobą coraz więcej czasu. Gdy przyznał mi się, że ma problem z alkoholem, umówiliśmy się, że skończy z nim.

Po zamknięciu kiosku pracowałam dorywczo. Głównie magazyn, jakieś szykowanie towarów do wysyłki. Jego też w to wciągnęłam.

Niedługo później zamieszkaliśmy razem. Moja mam kręciła nosem (mieszkałam z nią), ale uznała, że to moje życie i moja sprawa. Było cudownie. Wspólne noce i dni, wyjścia, znajomi. Czasem alkohol, z którym on jednak nie zerwał całkowicie.

Nadal pracowaliśmy razem. I szło nam to całkiem dobrze. On jakoś nie umiał utrzymać stałej pracy, a przy mnie nie miał z tym problemu.

Starałam się pokazać mu to, czego nigdy nie poznał: ciepło rodzinne. On,jako wychowanek domu dziecka i po śmierci rodziców alkoholików powinien docenić jak dobrze jest mieć stabilizację. Nie raz opowiadał mi, jak wyglądało jego życie w otoczeniu alkoholu. I za każdym razem podkreślał, że nie chce skończyć jak jego rodzice. A ja mu wierzyłam. Dla mnie jego opowieści to była czysta abstrakcja. On nawet nie umiał zrobić kostek lodu! Czasem tylko zastanawiało mnie, jak to jest,że jego bracia wyszli na prostą i potrafili się odciąć od takiego życia. Nigdy nie poznałam odpowiedzi.

Pewnego wieczoru, gdy wracaliśmy z pracy weszłam do apteki po leki przeciwbólowe i, gdy nie widział, test ciążowy, który następnego ranka zrobiłam. Wyszedł pozytywny. Mój świat zatrząsł się w posadach. Chyba nigdy nie czułam się tak szczęśliwa. Ale nic mu wtedy nie powiedziałam. Postanowiłam,że najpierw się upewnię, chociaż czułam, że mieszka we mnie mała istotka.

W pracy się oszczędzałam, tłumacząc że nie najlepiej się czuję. A w domu zapytałam mojej mamy, czy jeszcze tego samego dnia iść do lekarza. Odpowiedziała, że ona już dawno byłaby po wizycie. Wtedy właśnie postanowiłam powiedzieć Januszowi. Żeby nie iść sama.

To był 6 tydzień. Gdy wróciliśmy do domu od razu powiedziałam mamie, że będzie babcią. Była chyba równie szczęśliwa jak ja,choć pewnie tak jak ja pełna obaw. Następnego dnia powiedziałam w pracy mojej przełożonej. Żeby zrozumiała,dlaczego chcę bardziej na siebie uważać. Wiedziałam,że mnie nie zwolni,bo była końcówka sezonu i koniec zlecenia.

Pierwsze badanie USG to było coś niesamowitego. Córcia zdrowa,wszystko ok. I to serduszko… Byliśmy tam razem. Janusz przejęty i chyba szczęsliwy. Ja pełna nadziei,że teraz już wszystko musi się ułożyć.

Gdyby tylko nie jego ciągłe problemy z pracą. Albo jej nie miał, albo jak już znalazł, to po miesiącu – dwóch kończyło się zlecenie. Już sama nie wiedziałam czy mu wierzyć. Byliśmy wtedy zmuszeni do korzystania do pomocy z Opieki Społecznej, bo finansowo było ciężko. Ja, z racji ciąży nie pracowałam.

Amelka rozwijała się wzorowo, ja nie miałam żadnych dolegliwości. Za to Janusz postarał się, by nie brakowało mi zmartwień. Na trzy miesiące przed moim porodem wrócił do domu pijany. Pracował wtedy w jakimś magazynie. Przyjechał z kolegą i nadal pili. Gdy przyszłam byłam przybita. I wściekła. Kolegę wyprosiłam,a jemu kazałam iść spać. Gdy wytrzeźwiał długo rozmawialiśmy i znów obiecał… A ja go kochałam.

Był przy narodzinach naszej córki. Przeciął pępowinę. I przyrzekał, że zrobi wszystko, żebyśmy były szczęśliwe. W odwiedziny do szpitala przychodził na pół godziny. Tłumaczył się, że przygotowuje pokój na nasze przyjście. Gdy zadzwoniłam do niego w dniu wypisu usłyszałam, że poprzedniego dnia wypił piwo i nadal czuje się pijany…. Poczułam potworny zawód. Po dwóch godzinach, gdy rozmawialiśmy przez telefon okazało się, że jest jeszcze bardziej pijany. Nawet wtedy w niego wierzyłam. Wierzyłam, że dla nas będzie walczył o normalność. Znów mu przebaczyłam. Wybaczyłam mu to, że jego brat z narzeczoną pomogli mi i naszej córce dotrzeć do domu. Nawet to, że po przyjściu ze szpitala musiałam szykować łóżeczko dla córki. Dobrze, że chociaż było skręcone jakiś czas wcześniej. On nawet nie miał siły przywitać nas w domu. I kolejna rozmowa po tym, jak wytrzeźwiał…

Amelka była mało wymagającym dzieckiem. Janusz się starał, więc wstąpiła we mnie większa nadzieja, że problemy ma już za sobą. Myliłam się. Gdy córka miała 3.5 miesiąca Janusz znów popłynął. Tym razem na dłużej. Półtora miesiąca z nami nie mieszkał i przez cały ten czas pił. Ale pozwoliłam mu wrócić. Tłumaczyłam sobie, że towarzystwo z nowej pracy (pracował przy wyburzeniu budynku) namawiało go do picia.

Dużo rozmawialiśmy. Tłumaczyłam mu, poszedł nawet na terapię. Budowałam na nowo swoje zaufanie do niego. Mieliśmy wspaniałą córkę, która z dnia na dzień zaskakiwała nas nowymi umiejętnościami. Mieliśmy siebie. Gdy postawiła samodzielnie pierwsze kroki,oboje byliśmy wzruszeni. Janusz dużo się z nią bawił. Lubiłam ich obserwować. Widziałam go wtedy jako małego chłopca. Bardzo chciałam wierzyć, że jest dorosłym, odpowiedzialnym mężczyzną. Znów się pomyliłam. Gdy Amelka miała półtora roku Janusz poszedł do znajomej mojej mamy pomóc na działce. Nawet się ucieszyłam, bo pieniądze były potrzebne,a nam się nie przelewało (nadal miał problemy z utrzymaniem pracy). Gdy wrócił do domu coś mi nie pasowało. Może jego nadzwyczaj wesołe zachowanie, może nieco przytłumione spojrzenie… Znów był pijany. Zapytany wypierał się. W końcu się przyznał. Wyszliśmy z domu. Uparł się,że musi iść do sklepu. Ale nie tego,który ja proponowałam .On chciał iść tam,gdzie można kupić alkohol .I to po tym, jak mi chwilę wcześniej obiecał, że już nie będzie pił…

Tym razem nie pozwoliłam mu wrócić. Następnego dnia dostałam informację od tej znajomej, że to jej wódkę wypił. Bez pytania. Oczywiście,nie miała do mnie pretensji. Zadzwoniła, bo była zatroskana, jak się zorientowała co się stało. Nawet wyrzucała sobie, że zostawiła ten alkohol na wierzchu.

Patrząc teraz na to wszystko, co się działo w czasie naszego związku, widzę jak wiele błędów popełniłam. Ale nie żałuję jednego: mam wspaniałą córkę.

Pół roku później, gdy wsiadałam z wózkiem do tramwaju ktoś mi pomógł. Najnormalniej w świecie przytrzymał zamykające się już drzwi i przeprosił osoby stojące na miejscu przeznaczonym dla wózków. Zaczęliśmy rozmawiać, zabawiał Amelkę. O mało nie przeoczyłam przystanku, na którym miałyśmy wysiadać. Okazało się, że Sebastian również wychodzi. Odprowadził nas kawałek i poprosił, żebym dała mu swój numer. Miałam opory, ale się zgodziłam.

Zadzwonił po dwóch dniach i zaproponował kawę. Gdy usłyszał,że nie mam z kim zostawić córki, powiedział żebym przyszła z nią – on zna fajny lokal przyjazny mamom z dziećmi. Poza tym nie spodziewał się, że miałabym przyjść sama. To był wspaniały dzień. Traktowałam go jak znajomego, kolegę, przyjaciela. Powoli zaczęłam się na niego otwierać i postrzegać go jako kogoś ważniejszego. Sebastian po jakimś czasie mi wyznał, że gdy mnie pierwszy raz zobaczył, miał wrażenie,jakby znalazł wreszcie coś,czego długo szukał.

Miałam spore obawy. Ale patrząc na moją córkę i Sebastiana… Znów świeci słońce. Amelka niedługo kończy trzy lata. O ojcu nie pamięta. Dla niej tatą jest Sebastian. To on uczy ją świata, to on wstawał w nocy, gdy coś się działo. Zresztą, Janusz się nią nie interesuje. Czasem dochodzą mnie jakieś słuchy na jego temat, ale nie zwracam na nie uwagi. I mam nadzieję, że kiedyś nie wpadnie na pomysł, żeby się u nas zjawić. On już przegrał swoją szansę na rodzinę. Przynajmniej ze mną.

Kategorie : Ukryta prawda