Wspomnień czar- Polak potrafi…

Doradca Personalny Maj 19, 2018 Brak komentarzy

Wspomnień czar- Polak potrafi…

Wspomnień czar- Polak potrafi… W tamtych czasach każdy sobie radził, jak umiał. Ja miałem smykałkę do handlu, no i lubiłem szum adrenaliny w żyłach. Moje pierwsze podróże za granicę były bowiem dość ryzykowne.

Wspomnień czar- Polak potrafi…

Koniec lat siedemdziesiątych doskonale opisywał pewien żart. Otóż w Europie w tamtych czasach nie mogło być dobrze, ponieważ Niemcy walczyli o pokój, Żydzi prowadzili wojnę, a Polacy handlowali. Ja znajdowałem się w grupie tych. handlujących. A to dzięki temu, że po pierwsze, miałem wyjątkową intuicję do wyłapywania w lot wszelkich okazji, połączoną z odwagą, umiejętnością podejmowania ryzyka i czasami ułańską wręcz fantazją. Po drugie, mój ojciec zamiast przydziałowego malucha wszedł w posiadanie skody 110 lux. Po trzecie, starsza siostra pracowała w zakładzie produkującym krem Nivea. Bardzo istotny jest również fakt, że mieszkaliśmy w Poznaniu, który znajdował się blisko Berlina i Budapesztu.

Tu od razu dodam, bo może nie wszyscy pamiętają lub jeszcze się nie urodzili, że w tamtych czasach miasta o nazwie Berlin były dwa. Ten drugi- Berlin Zachodni- należał do zupełnie innego świata. Jednak granica między nimi wcale nie była tak szczelna, jak sądziły tamtejsze władze.

Wielu ludzi korzystało z tej nieszczelności, ale nie w celu siania wrogiej propagandy, lecz w zupełnie przyziemnych powodów. W Berlinie Zachodnim były zachodnie marki, czyli pieniądze mające wartość realną, a nie, że tak powiem, soc realną. No i można tam za nie kupić coś atrakcyjnego… Kilka słów należy się też wyżej wymienionej skodzie. Otóż ten twór myśli technicznej braci Czechów posiadał kilka wad, lecz miał też jedną, ogromną zaletę. Umiejscowiony z tyłu pojazdu silnik był niewielki, w związku z czym za tylnymi siedzeniami powstawała wolna przestrzeń spełniająca funkcję dodatkowego bagażnika. A ponieważ było to rozwiązanie nowatorskie, więc celnicy nic o nim nie wiedzieli. Moja starsza siostra- pracująca wtedy a Pollenie- cieszyła się nieograniczonym dostępem do sklepu fabrycznego, w którym nie mogli kupować zwykli śmiertelnicy. Wprawdzie i tu obowiązywała reglamentacja i jednorazowo można było kupić zaledwie dziesięć opakowań słynnego kremu Nivea, ale robiąc zakupy codziennie, byliśmy w stanie zgromadzić w miesiąc dwieście pięćdziesiąt metalowych puszek z tym cennym specyfikiem. I wtedy do akcji wkraczałem ja oraz skoda naszego taty!

Starannie owinięte w Trybunę Ludu kremy zajmowały większą część bagażnika za siedzeniami. W pozostałej przestrzeni upychaliśmy nie mniej starannie zapakowane w gazety oraz skrawki materiału szklane łabędzie i inne zwierzątka, które mama hurtowo kupowała w lokalnych sklepach z pamiątkami. Kiedy wszystko było gotowe, a prowiant na trzy dni dla mnie spakowany- ruszałem w trasę. Robiłem to, zanim jeszcze nastał świt i którykolwiek z sąsiadów mógł mnie zobaczyć. Pierwszym punktem docelowym był Budapeszt. Mijałem wprawdzie Czechosłowację, lecz tu mieli tylko piwo. Wspaniały trunek, ale nie dla kierowcy.

Po drodze kupowałem jednak zawsze dwa sześciobutelkowe kartoniki. To było niezbędne, aby bez problemów przekroczyć granicę czechosłowacko- węgierską.

Wjazd na Węgry wiązał się z piwnym upominkiem dla celników oraz solennym zapewnieniem, że jadę odwiedzić ciotkę.

Mój ojciec poznał kilka lat wcześniej pewną przemiłą tłumaczkę pracującą przez miesiąc na poznańskiej politechnice. Od tej właśnie pani, o dźwięcznym imieniu Eufrozina, dostałem list żelazny. Dla mnie jego treść była kompletnie niezrozumiała. Na szczęście celnicy po przeczytaniu pierwszych zdań- w których kochana ciocia zapraszała mnie do siebie na prawdziwy węgierski gulasz- oraz po bliższym zapoznaniu się z czeskim piwem, przepuszczali mnie bez zbędnych ceregieli.

W Budapeszcie lądowałem po południu. Nie tracąc czasu na zwiedzanie, zajeżdżałem do samego centrum, gdzie wśród zabytkowych domów ulokowany był jeden z większych bazarów Europy.

Sprzedaż kremów Nivea trwała dosłownie chwilkę, bo rozchodziły się jak świeże bułeczki. Znacznie więcej czasu zabierało mi skompletowanie ładunku na drugą część wyprawy. A warto pamiętać, że Węgry posiadały w tamtych czasach dwa doskonałej jakości produkty: ręczniki frotté oraz szampon do włosów „Banfi”, który ponoć zapobiegał łysieniu. Szampony znajdowały się w każdym sklepie, ale kupić można było jednorazowo tylko pięć sztuk na głowę. Trochę więc trwało, zanim zamieniłem swoje zarobione forinty na ten specyfik. Za to ręczniki nabywałem na tym samym bazarze, w dodatku w cenach hurtowych.

Po obowiązkowej kolacji, na którą zawsze pochłaniałem albo placek ziemniaczany po węgiersku, albo leczo z papryki i pieczarek z odrobiną podsmażanej kiełbasy, ruszałem z powrotem przez Czechosłowację, tym razem na Berlin.

Do granicy starałem się dotrzeć przed świtem, bo celnicy niemieccy słynęli ze skrupulatności. Na szczęście o trzeciej nad ranem nawet służbiści bywają śpiący. No, a gdy jeszcze taki ziewający celnik przypadkiem znalazł podczas rutynowej kontroli sześć butelek doskonałego czeskiego piwa, to….

Berlin to gwarne miasto, choć nie o siódmej rano. Ale nie przeszkadzało mi to. Podjeżdżałem pod mały bazar niedaleko centrum i wprost z samochodu sprzedawałem ręczniki oraz mamusine łabądki. Czasem ktoś zapytał o szampon, ale takich klientów nie pojawiało się zbyt wielu. Towar znikał w ciągu maksymalnie dwóch godzin.

Po śniadaniu przychodził czas na najtrudniejszą, najbardziej nielegalną i najbardziej ryzykowną część wyprawy…

Choć liczyłem sobie zaledwie dwadzieścia lat, dość często wyjeżdżałem handlowo. Szybko wyławiałem wzrokiem któregoś ze znajomych cinkciarzy.

Ten na mój widok natychmiast przeganiał marudzącego klienta.

-Co tam?- pytał Niemiec łamanym rosyjskim, sięgając do kieszeni.

Szybko dobijaliśmy targu. Cinkciarz wiedział, że interesują mnie wyłącznie wysokie nominały. Łatwiej schować kilka papierków, nić upchnąć w aucie plik banknotów.

Po zakupie marek- standard. Ładowałem się do samochodu i ruszałem w stronę granicy. Po drodze jeszcze obowiązkowy postój w lesie, na którym dojadałem przedwczorajsze kanapki zapijane niemiecką oranżadą, następnie brałem się za maskowanie mojej kontrabandy.

Jeden banknot upychałem za tapicerką na drzwiach, dwa wędrowały do zagłówka, kolejne- pod podsufitkę. Piętnaście minut gimnastyki i było po sprawie.

Teraz tylko ostatnia granica i dom…

Celnicy niemieccy uważnie sprawdzali auta wyjeżdżające, natomiast kompletnie ignorowali wyjeżdżających. Za to Polacy zwykle trzepali aż przykro!

Miałem na tę okoliczność niespodziankę dla nich- kawał prawdziwej węgierskiej salami i dwie butelki szamponu, które zawczasu wyjmowałem z bagażnika za siedzeniami. Jeszcze nie trafiłem na człowieka, który po takim prezencie miałby opory przed wpuszczeniem mnie do kraju.

Po południu przekraczałem rogatki Poznania. Wracałem w sam raz na obiad.

W takiej handlowej podróży spędzałem nie mniej niż trzydzieści sześć godzin, ale jako dwudziestolatek bez trudu wytrzymywałem wysiłek. Tym bardziej że adrenalina robiła swoje- w końcu moja działalność w trójkącie była nielegalna. Lecz za to wielce dochodowa!

Plon z jednej wyprawy przewyższał miesięczną pensję ojca. I stanowił miłe uzupełnienie domowego budżetu.

Przywiezione z Węgier szampony przez najbliższy miesiąc służyły całej rodzinie do załatwiania różnych spraw. A to w mięsnym, a to w obuwniczym… Te niespożytkowane sprzedawaliśmy z niewielkim zyskiem wśród znajomych i sąsiadów.

Przez kolejne tygodnie byłem przykładnym studentem. Ledwo jednak udawało nam się zgromadzić nowy zapas kremów Nivea oraz szklanych bibelotów, pakowałem wszystko do pomarańczowej skodziny i znowu ruszałem na szlak…

Kategorie : Ukryta prawda